Czy są jakieś granice, przekroczenie których sprawia, że sztuka przestaje być sztuką? Oczywiście, że nie ma. Podobno właśnie na tym polega jej wielkość, że nie jest rzemiosłem, które musi trzymać się od linijki wytyczonych ram. Czy są jednak granice interpretacji klasycznej książki? O, tu już prędzej. Interpretować można na przeróżne sposoby, ale czasem radosna twórczość wychodzi tak daleko poza nawias, że przestaje być interpretacją, a staje się zwykłym pasożytowaniem na cudzym tytule. Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że miałem to nieszczęście i obejrzałem netfliksową, pożal się Boże, ekranizację „Lalki” Bolesława Prusa.
To znaczy, wróć. Autorzy przezornie – niczym złodziej zostawiający sobie uchyloną furtkę na wypadek złapania za rękę – zaznaczyli, że to dzieło zaledwie „na motywach”. Tyle że ta ich netfliksowa wizja ma z powieścią Prusa tyle wspólnego, co gajowy z okrętem podwodnym. Po cholerę w ogóle nazywać to „Lalką”? Przecież to, co zaserwowano nam na ekranie, odpłynęło w tak absurdalne, rynsztokowe rejony, że po chwili zacząłem się zastanawiać, czy to aby nie jest celowa robota i z premedytacją zaplanowany sabotaż.
Wiem, jak to brzmi. Wybrzmiewa tu niemal jednoznacznie nuta węszyciela teorii spiskowych. Ale zatrzymajmy się na chwilę i spójrzmy na fakty. Ostatnimi czasy Netflix systematycznie raczy nas różnego rodzaju aberracjami. Pamiętamy „Wiedźmina”. Czarne elfy? Litości. Ale dobra, „Wiedźmin” to fantastyka, więc zaciskając zęby i mocno mrużąc oczy, „na upartego” dało się to znieść. W „Lalce” natomiast – gdzie akcja toczy się przecież w XIX-wiecznej, będącej pod zaborami Warszawie – twórcy musieli wymyślić coś innego. W rzeczywistości historycznej pewnie jacyś czarnoskórzy bywali, wszak już Tadeusz Kościuszko miał czarnoskórego adiutanta, ale w nowym serialu ich nie ma. Łęcka jest biała, Rzecki biały, Wokulski też. Pomyślałby kto: istny ukłon w stronę tradycjonalistów! „Tym razem was nie będziemy katować” – rzucili na zachętę.
Ale to była pułapka. Netflix postanowił załatwić nas czymś zupełnie innym. „Zrobimy wam taki odchył od tej waszej uświęconej Lalki, że wam kapcie pospadają” – tak zapewne brzmiało hasło przewodnie na spotkaniach scenarzystów.
Za kamerą stanął reżyser Paweł Maślona. Biorąc pod uwagę efekt końcowy, upieram się przy literówce i nazywaniu go reżyserem Maślaną – tak, zbieżność z postacią z wulgarnej kreskówki „Włatcy móch” wydaje się tu wręcz profetyczna, a i sam poziom serialu niebezpiecznie zbliża się do tego animowanego koszmarku. Przy netfliksowej „Lalce” kultowe „Psy” Władysława Pasikowskiego brzmią jak wyrafinowany wykład z purystycznej polszczyzny. Na ekranie XIX-wieczna Warszawa tonie w wulgaryzmach. Rynsztokowe „chujce” i „kurwy” sypią się gęsto, niczym konfetti, i to z ust absolutnie wszystkich – od zblazowanej arystokracji w gorsetach, przez subiekta Rzeckiego, aż po samego Wokulskiego.
Zastanawiam się, po co to wszystko? Zapewne ktoś w warszawskim biurowcu przeanalizował spec-badania targetowe i wyszło mu, że do współczesnego widza dotrze tylko język rynsztoka. Bo przecież w mniemaniu wielkomiejskich twórców nic tak nie „ubogaca” scenariusza, nic tak nie urealnia postaci i nie przełamuje nudy, jak soczyście rzucona „kurwa”. A w nowej „Lalce” bluzganie to wręcz obowiązek i punkt honoru każdego bohatera.
Mam nieodparte wrażenie, że platforma z czerwoną literką „N” postanowiła tę bardziej konserwatywną część Polski zwyczajnie, po chamsku wkurwić. Nie widzę absolutnie żadnego innego racjonalnego wytłumaczenia. Przecież mogli nakręcić ten swój wulgarny, uwspółcześniony serial o toksycznych relacjach pod dowolnym, wymyślonym tytułem. Dlaczego na siłę, z brudnymi buciorami, musieli wjechać w klasykę polskiej literatury? Bo wiedzieli, że bez tego nikt by na ich prowokację nawet nie splunął. Potrzebowali naszej świętości, żeby móc ją z hukiem zbezcześcić.
Pomyślcie teraz o zasięgach tej platformy. Taki Niemiec, Anglik czy Holender, który z pewnością nigdy nie czytał „Lalki” w oryginale, odpali sobie ten serial wieczorem. Od razu spostrzeże, że z tą całą polską klasyką coś nie gra? Prawda? Ano gówno prawda. Rozleje się to wykoślawione „arcydzieło” po Europie i świecie, a zagraniczni widzowie będą się czochrać po głowach: co z tymi Polakami jest nie tak? To jest ich kanon lektur? To jest to ich opus magnum? Banda wulgarnych patusów we frakach? Prostaki. Ba! Świry nawet.
W tym wszystkim najbardziej przerażające jest jednak to, jak nasze rodzime, postępowe „elity” pieją z zachwytu nad tym chłamem. Zbezczeszczono naszą narodową literaturę, sprowadzono wielowymiarowe dylematy do poziomu knajpy dla meneli, a na warszawskich salonach aplauz! Recenzenci z entuzjazmem klaszczą uszami, zachwycając się „odważną dekonstrukcją mitu” i „bezkompromisowym, świeżym spojrzeniem”. A spróbuj tylko, szary człowieku, nie klaskać razem z nimi. Spróbuj oburzyć się na to, co zrobiono z Wokulskim – natychmiast zostaniesz okrzyknięty prawicowym oszołomem, zacofanym troglodytą, który nie rozumie „współczesnej sztuki”.
Zabrnęliśmy za daleko. Zdecydowanie za daleko. W tej chorej lewackiej zabawie w dekonstrukcję wszystkiego, co wartościowe, zdeptano jedną z najważniejszych polskich powieści. I powiem wam szczerze: mnie ten potworek uwiera podwójnie. Bo autor „prawdziwej” Lalki, Aleksander Głowacki, przyszedł na świat dokładnie w tym samym mieście co ja. W Hrubieszowie. I patrząc na to, co Netflix i reżyser Maślana zrobili z jego wiekopomnym dziełem, jestem pewien, że Bolesław Prus właśnie obraca się w grobie. Z prędkością, która mogłaby zasilić małą elektrownię.

