W relacjach międzynarodowych istnieją granice, których przekroczenie niszczy zaufanie bezpowrotnie, a próba oddzielenia pragmatycznej współpracy od elementarnej przyzwoitości zawsze kończy się katastrofą. Podpisanego 26 maja 2026 roku przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego dekretu numer 440/2026, nadającego Odrębnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy honorowe imię „Bohaterów UPA”, nie da się określić zwykłym zgrzytem dyplomatycznym. To bezpośrednie uderzenie w polską pamięć narodową i bolesny dowód na to, że ukraińskie władze budują swoją współczesną tożsamość na formacji, która splamiła się najokrutniejszym ludobójstwem w historii naszego narodu. Kijów nie przyjął bowiem za patrona tej elitarnej jednostki po prostu formacji UPA w ujęciu czysto historycznym, lecz wprost i bezwstydnie określił ją mianem „Bohaterów”. Innymi słowy, ukraińskie państwo dokonało ostatecznej apoteozy morderców, stawiając współczesnym żołnierzom za wzór bohaterów ludobójców. Fakt ten obnaża nie tylko cynizm Kijowa, ale przede wszystkim porażającą słabość i pasywność polskiego państwa, które pozwala na tak jaskrawe ignorowanie swojej wrażliwości.
Instytucjonalizacja kultu OUN i UPA
Decyzja ta nie była przypadkowa, lecz stanowiła część skoordynowanej kampanii historycznej Kijowa. Zbiegła się ona z obchodami 10. rocznicy utworzenia ukraińskich Sił Operacji Specjalnych, przypadającymi na 27 maja 2026 roku. Dzień wcześniej, 25 maja 2026 roku, prezydent Zełenski wziął udział w uroczystym pochówku prochów Andrija Melnyka, jednego z liderów Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, na Narodowym Cmentarzu Wojskowym Ukrainy. Te następujące po sobie wydarzenia pokazują, że ukraińskie przyzwyczajanie świata do kultu OUN i UPA weszło w fazę pełnej, państwowej instytucjonalizacji. Regularna, certyfikowana przez NATO jednostka wojskowa, jaką jest Odrębne Centrum Operacji Specjalnych „Północ”, znana również w strukturach międzynarodowych jako 140. Samodzielne Centrum Specjalnego Przeznaczenia z siedzibą w Chmielnickim, ma od teraz nosić miano morderców bezbronnej, polskiej ludności cywilnej.
Dziedzictwo UPA-Północ
Zbieżność nazw i geografii w tym wypadku poraża. Wyróżnione Centrum „Północ” nosi dokładnie to samo miano kierunkowe, co historyczny okręg „UPA-Północ”. To właśnie ta formacja, operująca w latach 1943–1944 na Wołyniu i Polesiu pod dowództwem ludzi takich jak Dmytro Klaczkiwski (ps. „Kłym Sawur”), dokonała bestialskiej rzezi na ponad 100 tysiącach polskich obywateli. Inicjatywa ta budzi jednoznaczne skojarzenia z płonącymi polskimi wsiami, rozrywanymi dziećmi i rzeziami, które swoją brutalnością daleko wykraczały poza ramy klasycznego wojennego okrucieństwa. Nadanie imienia tych „bohaterów” regularnemu wojsku współczesnej Ukrainy jest pluciem w twarz rodzinom ofiar i jawną deklaracją, że Kijów nie zamierza liczyć się z Polską. To nie jest kwestia niuansów historycznych, to jest oficjalne podniesienie do rangi wzorców bojowych ludzi, dla których walka oznaczała wyrzynanie bezbronnych sąsiadów.
Moralny kręgosłup ukraińskich elit
W przestrzeni publicznej często pojawia się bałamutny argument, że nikt nie ma prawa wybierać Ukraińcom ich własnych bohaterów. Owszem, każdy suwerenny naród sam decyduje o swoim panteonie chwały, jednak to właśnie ten wybór najdobitniej pokazuje, jakie wartości są dla danej społeczności kluczowe. Jeśli fundamentem budowy morale współczesnej armii staje się formacja, której spektakularnym „sukcesem” militarnym było wymordowanie bezbronnych ludzi, to wysyła to jasny sygnał na temat kręgosłupa moralnego ukraińskich elit. Ukraińcy mogą wybierać swoich bohaterów, ale my mamy obowiązek oceniać ich przez pryzmat tych wyborów. Naród, który nie potrafi odciąć się od ludobójstwa, buduje swoją przyszłość na bagnie, z którego prędzej czy później wyrosną kolejne demony.
Szantaż emocjonalny i kapitulacja prawdy
W tym kontekście należy bezkompromisowo rozprawić się z wyjątkowo podłym i prymitywnym szantażem emocjonalnym, który od dłuższego czasu próbuje kneblować usta polskiej opinii publicznej. Każda próba głośnego upomnienia się o prawdę o rzezi wołyńskiej, każda krytyka neobanderowskich tendencji w ukraińskiej polityce historycznej, bywa niemal automatycznie etykietowana jako sprzyjanie Moskwie, a autorów takich diagnoz próbuje się stygmatyzować łatką obcych agentów wpływów. To ordynarne odwracanie pojęć i przejaw głębokiego, moralnego konformizmu. Owszem, kremlowska propaganda od lat instrumentalizuje trudną polsko-ukraińską historię do bieżącej dezinformacji, jednak uleganie dyktatowi milczenia w imię rzekomej solidarności jest kapitulacją przed kłamstwem i najkrótszą drogą do zatracenia własnej tożsamości. Prawdziwe partnerstwo, oparte na dojrzałych, europejskich standardach, nie może być zakładnikiem strachu przed rosyjską reakcją. Żądanie szacunku dla bestialsko zamordowanych przodków nie ma nic wspólnego z prorosyjskością, a odradzanie się agresywnego nacjonalizmu za naszą wschodnią granicą to nie wydumana teoria spiskowa, lecz mierzalny fakt, udokumentowany prezydenckimi dekretami, państwowymi pochówkami oraz systemową edukacją szkolną na Ukrainie. Udawanie, że tych faktów nie ma, to nie ochrona sojuszu, lecz hodowanie potwora, który w przyszłości uderzy w nas z podwojoną siłą.
Historyczna amnezja polskich elit
Historia uczy, że ignorowanie takich sygnałów niesie za sobą tragiczne konsekwencje, a my jako państwo wykazujemy się dziś kompletną amnezją w zakresie lekcji z okresu międzywojennego. W latach 1918–1939 relacje polsko-ukraińskie były niezwykle napięte, pełne wzajemnych żalów, terroryzmu ze strony ukraińskich nacjonalistów i błędów asymilacyjnych polskiej administracji. Ówczesne elity również wierzyły, że taktyczne, wymuszone geopolityką sojusze pozwolą na zasypanie głębokich podziałów tożsamościowych. Jak to się skończyło, wiemy doskonale. Brak systemowego rozwiązania problemu nacjonalizmu i udawanie, że problemu nie ma, doprowadziło do krwawej eksplozji nienawiści w 1943 roku na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Dziś powielamy te same, kardynalne błędy.
Kompartmentacja, czyli dyplomacja naiwności
Strategicznym błędem współczesnej Warszawy jest zgoda na tak zwaną kompartmentację stosunków, czyli oddzielenie twardej współpracy wojskowej od spraw pamięci historycznej. Polska wysyła do Kijowa kolejne pakiety pomocy militarnej, przekazuje myśliwce MiG-29 i podpisuje listy intencyjne o wspólnej produkcji amunicji, jednocześnie milcząc, gdy partner zza miedzy bezczelnie gloryfikuje morderców naszych przodków. To nie jest partnerski sojusz, to relacja oparta na naiwności i głębokim kompleksie niższości polskiej dyplomacji. Skoro Ukraina pozwala sobie na tak skandaliczne kroki w sferze symbolicznej, oznacza to tylko jedno: polskie państwo jest słabe i nie potrafi wyegzekwować szacunku na arenie międzynarodowej.
Niszczycielskie skutki przemilczanego kłamstwa
Milczenie Warszawy, jak słusznie zauważają polscy komentatorzy i historycy, jedynie rozzuchwala Kijów do dalszego ignorowania naszej wrażliwości. Ukraińskie władze widzą, że niezależnie od tego, jak bardzo upokorzą polską pamięć zbiorową, polskie elity i tak bezwarunkowo podpiszą kolejne przelewy i przekażą kolejny sprzęt wojskowy. Budowanie jakiegokolwiek trwałego sojuszu na tak potężnym, przemilczanym i uświęconym kłamstwie nie ma najmniejszych szans na przetrwanie próby czasu. Taki układ, pozbawiony moralnego kręgosłupa i oparty wyłącznie na bieżącym interesie, przy pierwszym poważniejszym kryzysie geopolitycznym zostanie bezlitośnie rozsadzony od środka przez narastający żal społeczny i brak elementarnego zaufania.
Cena honoru i pamięci
Trwałe pojednanie między narodami wymaga bolesnej prawdy, a nie dyplomatycznego poklepywania się po plecach przy jednoczesnym ukrywaniu historycznych ran. Jeśli Ukraina chce być częścią zachodniego, cywilizowanego świata, do którego klucze w dużej mierze leżą w Warszawie, musi zrozumieć, że drogą do Europy nie jest kult ludobójców z UPA. Naszym, polskim obowiązkiem – zarówno wobec przeszłości, jak i przyszłości – jest postawienie twardego, niepodważalnego weta wobec takich decyzji jak dekret numer 440/2026. Wolność i bezpieczeństwo są bezcenne, ale nie można ich kupować za cenę honoru i pamięci o zamordowanych rodakach, których szczątki w dołach śmierci do dziś nie doczekały się nawet godnej ekshumacji.

