Obecny rząd przyzwyczaił już Polaków do tego, że gdy brakuje mu większości do zmiany ustaw lub cierpliwości do przestrzegania procedur, sięga po polityczne zaklęcia. Najpierw premier Donald Tusk ogłosił doktrynę „demokracji walczącej”, a w ostatnich dniach do słownika obozu władzy wszedł nowy wytrych ustrojowy: „stan wyższej konieczności konstytucyjnej”. Pod tym dumnie brzmiącym hasłem 30 października 2026 roku przeprowadzono operację przejęcia kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym. Problem w tym, że państwo prawa kończy się dokładnie w tym momencie, w którym władza i wspierający ją prawnicy uznają, że słuszny w ich mniemaniu cel pozwala samemu dopisać sobie brakujące w ustawach kompetencje.
Fundamentem każdego cywilizowanego ustroju jest zasada legalizmu zapisana w art. 7 Konstytucji RP: organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa. Przepis ten nie zawiera gwiazdki z dopiskiem „chyba że rząd uzna sytuację za nadzwyczajną”. Oznacza to, że żaden organ ani pojedynczy sędzia nie może wykreować sobie uprawnień tylko dlatego, że uważa swoje działanie za pilne, pożyteczne czy wręcz zbawienne dla państwa. Czym innym jest bowiem polityczna lub prawna ocena, że dana instytucja wymaga głębokiej naprawy, a czymś zupełnie innym posiadanie wyraźnej, ustawowej kompetencji do przeprowadzenia takiej operacji.
Nawet jeśli odwołamy się do rozwijanej od 2018 roku na łamach „Państwa i Prawa” akademickiej koncepcji „stanu wyższej konieczności konstytucyjnej” (autorstwa m.in. Mikołaja Małeckiego i Macieja Pacha), to już w samej literaturń prawniczej spotkała się ona z poważną krytyką i została obwarowana rygorystycznym wymogiem bezwzględnej subsydiarności. Przede wszystkim jednak żaden artykuł naukowy nie stanowi w Polsce źródła powszechnie obowiązującego prawa. Nawet przyjęcie, że taka doktryna istnieje w teorii prawa, nie oznacza automatycznego przyznania dowolnemu organowi lub osobie kompetencji, których nie przewidują przepisy ustawowe.
Przerwany łańcuch odesłań i pułapka błędnego koła
Spójrzmy na mechanizm zastosowany 30 października 2026 roku, który idealnie wpisuje się w dotychczasową praktykę rządzących. Sędzia Trybunału Konstytucyjnego o najdłuższym stażu, Anna Korwin-Piotrowska, wydała zarządzenia o natychmiastowej przerwie w czynnościach służbowych Prezesa TK Bogdana Święczkowskiego oraz Wiceprezesa Bartłomieja Sochańskiego, przywołując właśnie „stan wyższej konieczności konstytucyjnej”. Równolegle wokół terenu Trybunału pojawiła się podległa rządowi policja, która prowadziła czynności zabezpieczające (choć według oficjalnych komunikatów nie weszła do samego gmachu), a dotychczasowe kierownictwo nie zostało dopuszczone do wykonywania obowiązków.
Nie oznacza to oczywiście, że sytuacja w Trybunale przed 30 października była normalna. Sędzia Korwin-Piotrowska uzasadniała swój krok bardzo poważnymi zarzutami: niedopuszczaniem wybranych przez Sejm sędziów do orzekania, problemami ze zwołaniem Zgromadzenia Ogólnego i uchwaleniem budżetu TK na 2027 rok, niewykonaniem zabezpieczenia ETPCz oraz sposobem wyznaczania składów orzekających. Zarzuty te wymagają rzetelnego wyjaśnienia, jednak same przez się nie odpowiadają na fundamentalne pytanie ustrojowe: czy osoba, która wydała zarządzenia, miała ustawowe uprawnienie do ich wydania?
Zwolennicy rządowego kursu twierdzą, że podstawę prawną udało się zbudować za pomocą piętrowego łańcucha przepisów: od art. 12 ust. 4 ustawy o organizacji i trybie postępowania przed TK, przez art. 19 ustawy o statusie sędziów TK i art. 10 § 1 ustawy o Sądzie Najwyższym, aż do art. 130 Prawa o ustroju sądów powszechnych (u.s.p.), który mówi o natychmiastowej przerwie w czynnościach służbowych sędziego. Gdy jednak poddamy tę konstrukcję chłodnej analizie prawniczej, rozpada się ona w trzech kluczowych punktach.
Po pierwsze, art. 12 ust. 4 ustawy o organizacji TK pozwala najstarszemu stażem sędziemu zastępować Prezesa tylko wtedy, gdy „nie jest możliwe upoważnienie” Wiceprezesa lub innego sędziego. Czy można uznać, że zaszła ustawowa „niemożność upoważnienia” tylko dlatego, że urzędującemu Prezesowi zarzuca się nieprawidłowości? Obrońcy tej operacji (jak prof. Michał Romanowski) wskazują na niemożność prawną wynikającą z konfliktu interesów – podległa rządowi prokuratura skierowała bowiem wobec Święczkowskiego i Sochańskiego wnioski o uchylenie immunitetów, więc nie powinni oni podejmować decyzji we własnej sprawie. To jednak nie rozwiązuje problemu kompetencyjnego. Jak trafnie wypunktował nawet prof. Marcin Matczak, pojawia się tu klasyczne ryzyko błędnego koła: trzeba najpierw wykazać istnienie ustawowej przesłanki do zastąpienia Prezesa, a nie dopiero stworzyć tę przesłankę poprzez wydanie zarządzenia o jego odsunięciu. Przyjęto bowiem możliwość zastępowania Prezesa po to, by z tej samej możliwości wyprowadzić uprawnienie do pozbawienia go wykonywania obowiązków.
Po drugie, konstrukcja kruszy się już na samym początku ustawowego łańcucha. Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej Przemysław Rosati zwrócił uwagę, że art. 19 ustawy o statusie sędziów TK odsyła w sprawach nieuregulowanych do przepisów dotyczących praw i obowiązków sędziów Sądu Najwyższego, nie zaś automatycznie do wszystkich regulacji ustawy o SN. Tymczasem art. 10 § 1 ustawy o SN, po który sięgnięto w kolejnym kroku, ma charakter ogólnej normy odsyłającej do Prawa o ustroju sądów powszechnych. Czy można wykorzystać go jako kolejny szczebel drabiny i w ten sposób rozciągnąć na sędziów TK przepisy, których ustawodawca nie wskazał wprost? Mecenas Rosati określił tę konstrukcję wprost jako „przerwany łańcuch odesłań”.
Po trzecie wreszcie, nawet gdyby ten łańcuch prowadził do art. 130 Prawa o ustroju sądów powszechnych, to pojawia się tam przeszkoda nie do przeskoczenia. W odniesieniu do osoby pełniąń funkcję prezesa sądu (a więc bezpośrednio wobec Bogdana Święczkowskiego) art. 130 § 2 u.s.p. stanowi wyraźnie, że zarządzenie przerwy w czynnościach służbowych należy do Ministra Sprawiedliwości. Kto i na jakiej podstawie miałby przejąć tę kompetencję organu władzy wykonawczej wobec Prezesa TK? Z kolei w odniesieniu do Wiceprezesa (art. 130 § 1 u.s.p.) kompetencja w sądach powszechnych należy do prezesa sądu – co ponownie wraca do pytania, czy sędzia o najdłuższym stażu mogła skutecznie wejść w rolę Prezesa TK przed odsunięciem urzędującego kierownictwa. Co więcej, art. 130 § 3 u.s.p. wymaga w terminie trzech dni zawiadomienia sądu dyscyplinarnego, który w Trybunale Konstytucyjnym funkcjonuje na zupełnie innych zasadach niż w sądownictwie powszechnym.
Gdy nawet krytycy dotychczasowego TK mówią rządzącym: „Za daleko”
Najbardziej dotkliwym aktem oskarżenia wobec metod zastosowanych w cieniu rządowej „demokracji walczącej” nie są dziś wystąpienia polityków opozycji, lecz głosy najważniejszych instytucji prawniczych – w tym środowisk, które od lat ostro krytykowały dotychczasowe kierownictwo Trybunału.
Stanowiska Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego i Prezesa Naczelnego Sądu Administracyjnego – choć oczywiście nie są orzeczeniami sądowymi rozstrzygającymi legalność zarządzeń – były jednoznacznie krytyczne wobec sposobu przeprowadzenia tych działań. Pierwszy Prezes SN Zbigniew Kapiński wyraził „najwyższe oburzenie i stanowczy sprzeciw”, wskazując, że forma zarządzenia nie legalizuje uzurpacji kompetencji. Z kolei Prezes NSA Jacek Chlebny, mimo że w swoim oświadczeniu przypomniał o braku publikacji wyroków TK przez rząd oraz wątpliwościach dotyczących składu i władz Trybunału, to jednocześnie postawił sprawę jasno: granice zostały przekroczone, a podjęte działania budzą zasadnicze zastrzeżenia co do zgodności z zasadami państwa prawa. Niezależność Trybunału nie może być bowiem podporządkowana doraźnym decyzjom ani demonstracji siły.
Równie mocny sygnał popłynął z instytucji stojących na straży praw obywatelskich. Zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich Sylwia Gregorczyk-Abram – choć szczegółowo wskazała na okoliczności, które skłoniły sędzię Korwin-Piotrowską do działania, w tym niewykonywanie zabezpieczeń ETPCz – określiła „stan wyższej konieczności konstytucyjnej” jednoznacznie: jako pogląd pozaprawny.
Podobny dwugłos wybrzmiał w stanowisku Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Fundacja podtrzymała wprawdzie ocenę, że sędziowie prawidłowo wybrani przez Sejm powinni zostać dopuszczeni do orzekania, a Prezydent nie może blokować ich wyboru, ale jednocześnie oceniła, że nie dostrzega wyraźnych podstaw prawnych, by sędzia o najdłuższym stażu mogła wydać decyzję o odsunięciu kierownictwa TK. Jak celnie zauważyli eksperci HFPC, samo powoływanie się na konstrukcję „wyższej konieczności” oznacza przyznanie, że niebudzącej wątpliwości podstawy w prawie po prostu nie ma. Prezes NRA Przemysław Rosati podsumował z kolei, że przy tak poważnych wątpliwościach co do spójności podstawy prawnej i kompetencji sędzi Korwin-Piotrowskiej, z punktu widzenia przepisów Prezesem TK pozostaje Bogdan Święczkowski.
Chaos narasta: kontrola nad gmachem to nie urząd konstytucyjny
Zamiast uzdrowienia sytuacji mamy pogłębiający się paraliż ustrojowy. Spór bynajmniej nie wygasł 30 października – na wtorek, 3 listopada, Anna Korwin-Piotrowska zapowiedziała zwołanie Zgromadzenia Ogólnego sędziów TK w celu zajęcia się kwestiami organizacyjnymi i budżetowymi oraz wyłonienia sądu dyscyplinarnego w sprawach Święczkowskiego i Sochańskiego. W odpowiedzi Bogdan Święczkowski wydał własne zarządzenie, ustanawiając dni od 3 do 6 listopada dniami wolnymi od pracy dla pracowników Trybunału.
W tym instytucjonalnym chaosie trzeba oddzielić trzy odrębne płaszczyzny prawne: kwestię legalności samych zarządzeń, możliwość przejęcia kierowania pracami TK oraz formalny status Prezesa Trybunału (nawet skuteczna przerwa w czynnościach z art. 130 u.s.p. ma bowiem charakter czasowy i nie oznacza odwołania z urzędu ani wygaśnięcia kadencji). Jeżeli przyjąć, że zarządzenia z 30 października nie miały skutecznej podstawy prawnej, to nie mogły one wywołać skutku w postaci przerwy w czynnościach służbowych Prezesa i Wiceprezesa TK, nie doszło do skutecznego odsunięcia ich od obowiązków ani do powstania podstawy do przejęcia kierowania Trybunałem przez inną osobę. W takim stanie rzeczy Bogdan Święczkowski nadal pozostaje Prezesem TK.
Odrębną kwestią jest oczywiście to, kto przy wsparciu rządowych służb faktycznie kontroluje gmach przy al. Szucha i systemy informatyczne. Państwo prawa różni się jednak od państwa opartego na faktycznej przewadze siły właśnie tym, że o prawie do sprawowania konstytucyjnego urzędu rozstrzygają przepisy ustawowe, a nie fizyczna kontrola nad budynkiem, jego administracją czy infrastrukturą.
Polityczna praktyka „demokracji walczącej”, którą obecny rząd uczynił swoją metodą sprawowania władzy, wchodzi w fazę otwartego demontażu bezpieczników ustrojowych. Nawet rzeczywisty kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego i błędy jego dotychczasowego kierownictwa nie zwalniają nikogo z obowiązku wykazania, skąd czerpie swoje kompetencje. Czy można naprawiać instytucje państwa metodami, których legalność sama wymaga dopiero karkołomnego uzasadnienia? Dziś rządzący klaszczą, gdy pod hasłem „wyższej konieczności konstytucyjnej” przejmowany jest Trybunał. Jutro dokładnie ten sam mechanizm – oparty na przerwanym łańcuchu odesłań, wnioskach prokuratury i asyście policji – może zostać użyty do zawieszenia każdego innego niewygodnego dla rządu organu. Bo prawo, które działa tylko wtedy, gdy pasuje władzy, przestaje być prawem. Staje się zwykłym narzędziem politycznej przemocy.

