Gdy na początku sierpnia 2026 roku nieznani sprawcy zniszczyli napisy na pomniku w Liskach (a w zasadzie to w Białymstoku, w gminie Dołhobyczów w powiecie hrubieszowskim), przez mainstreamowe media przetoczyła się fala oburzenia. Czołowe stacje telewizyjne i portale internetowe natychmiast podchwyciły narrację o „akcie wandalizmu” i „profanacji”. Ambasada Ukrainy wydała kategoryczne oświadczenie, w którym strofowała Polaków, żądając surowego ukarania winnych i oskarżając nasze społeczeństwo o narastającą wrogość. Wtórowali im polscy politycy z pełnomocnikiem rządu do spraw odbudowy Ukrainy na czele, którzy posłusznie ruszyli z potępieniem „prowokacji”. W całej tej politycznej histerii świadomie i z premedytacją przemilczano jednak dwa kluczowe fakty. Po pierwsze, rzekomo sprofanowany pomnik jest zwykłą samowolą budowlaną wzniesioną nielegalnie na terytorium Rzeczypospolitej. Po drugie, obiekt ten gloryfikuje zbrodniarzy, którzy z zimną krwią mordowali polskie kobiety, dzieci i żołnierzy podziemia niepodległościowego.
Zamiast stanowczej reakcji suwerennego państwa, obserwujemy dziś żałosny spektakl. Polskie organy ścigania za pieniądze podatników szukają ludzi, którzy zamalowali inskrypcje na nielegalnym obiekcie. To dowód na głęboką patologię polskiej polityki pamięci. Trudno to inaczej określić. To nie jest nowy spór. Państwo polskie wiedziało o tym problemie od lat. Co więcej, sprawa pomnika nie jest tylko jakąś współczesną internetową narracją. W 2025 r. została nawet przedmiotem interpelacji poselskiej do ministra kultury, w której poseł Konfederacji Grzegorz Płaczek pytał m.in. o podstawę prawną jego wybudowania i legalność.

Zbrodniarze nazwani „ukraińskimi żołnierzami”
Zrozumienie skali tego skandalu wymaga spojrzenia na historyczne fakty, które strona ukraińska cynicznie zamiata pod dywan. Ambasada Ukrainy w swoim sierpniowym komunikacie ubolewała nad uszkodzeniem miejsca upamiętniającego „poległych ukraińskich żołnierzy”. To sformułowanie jest ordynarnym kłamstwem i pluciem w twarz rodzinom ofiar ludobójstwa.

Zrozumienie kontrowersji narosłych wokół pomnika wymaga szczegółowej analizy tożsamości spoczywających tam osób. Dzięki dociekaniom historyków, na czele z badaniami Jewhena Misyły, dysponujemy dziś precyzyjnym obrazem socjodemograficznym oraz militarnym 41 partyzantów pogrzebanych na uroczysku Białystok. Obraz ten pozwala na demitologizację oddziałów OUN-UPA operujących na wschodnich rubieżach dzisiejszej Polski.
Zdecydowaną większość zabitych stanowili młodzi mężczyźni o pochodzeniu chłopskim, zajmujący się przed wybuchem wojny rolnictwem. Wśród poległych zidentyfikowano zaledwie pojedynczych rzemieślników (mleczarza, ślusarza) oraz jednego nauczyciela. Dominowały osoby urodzone w pierwszej połowie lat dwudziestych XX wieku. Najstarsi, zaledwie dwaj partyzanci, przyszli na świat w roku 1919, podczas gdy najmłodszy uczestnik starcia w chwili wybuchu II wojny światowej miał zaledwie 10 lat. Znamienny pozostaje fakt, iż polegli legitymowali się niezwykle skromnym wykształceniem, przeważnie ograniczającym się do ukończenia kilku klas szkoły podstawowej. Do wąskiego grona osób posiadających średnie lub wyższe kwalifikacje należeli Iwan Sywak pseudonim „Bosfor”, pełniący funkcję pisarza sotni i kurenia „Wowky”, który przed wojną rozpoczął studia na Politechnice Lwowskiej, oraz Wiktor Storoż pseudonim „Taras”, będący z wykształcenia nauczycielem i poetą, absolwentem seminarium nauczycielskiego.
Z perspektywy przynależności organizacyjnej polegli wywodzili się ze struktur zbrojnych podlegających II Okręgowi Wojskowemu UPA „Buh” (Okręg Wojskowy numer 2), stanowiącemu integralną część Grupy Operacyjnej UPA-Zachód. Po wytyczeniu nowej, powojennej granicy polsko-sowieckiej, struktury te znalazły się po polskiej stronie kordonu granicznego, operując na obszarach dawnego województwa lubelskiego (Zamojszczyzna i Chełmszczyzna). Główny trzon poległych stanowili żołnierze z kurenia „Wowky” oraz sotni „Hałajda II”. Kureń „Wowky”, sformowany w połowie marca 1944 roku jako pierwszy miejscowy oddział UPA na Chełmszczyźnie, powstał na bazie okolicznych chłopów, członków lokalnej siatki OUN oraz, co istotne z punktu widzenia oceny moralnej, dezerterów z jednostek pozostających w służbie niemieckiej. W listopadzie 1945 roku oddział ten liczył około 110 partyzantów zgrupowanych w dwie sotnie, a w okresie poprzedzającym bitwę pod Liskami rozbudowano go o strukturę „Wowky III”.
Analiza biografii poległych ukazuje również złożony problem kolaboracji z aparatem terroru III Rzeszy, która poprzedzała ich służbę w UPA. Historycy ustalili, iż co najmniej czterech pochowanych w Liskach służyło wcześniej w Ukraińskiej Policji Pomocniczej pod niemiecką komendą, dwóch walczyło w szeregach zbrodniczej Dywizji Waffen-SS „Galizien”, a kilku pracowało przymusowo bądź dobrowolnie w Służbie Budowlanej w Generalnym Gubernatorstwie. Odnotowano ponadto, iż dwóch posiadało za sobą epizod służby w Armii Czerwonej. Rekrutacja do oddziałów biorących udział w bitwie odbywała się na drodze dobrowolnego zaciągu, jak również w wyniku przymusowej mobilizacji, z czego część partyzantów trafiła do lasu zaledwie kilka tygodni przed własną śmiercią, w styczniu 1946 roku.
Istotnym aspektem rzutującym na rzetelność samego upamiętnienia jest fakt występowania rażących błędów merytorycznych na wyrytej w kamieniu liście nazwisk. Inskrypcje na tablicy uwzględniały nazwiska partyzantów, którzy w rzeczywistości zginęli w zupełnie innych okolicznościach czasowych i przestrzennych, a ich szczątki spoczywają na innych, pobliskich cmentarzach. Zabieg ten, prawdopodobnie wprowadzony z inicjatywy rodzin jako element symbolicznego hołdu, fałszuje historyczną prawdę o tym konkretnym starciu. Z drugiej strony, na pomniku pominięto nazwiska kilku osób rzeczywiście poległych w bitwie 26 lutego 1946 roku i fizycznie wrzuconych do analizowanej mogiły.
Głównym i fundamentalnym powodem, dla którego pomnik ten spotyka się z tak stanowczym oporem, jest przeszłość zbrojeniowa formacji, którym dedykowano to upamiętnienie. Obiekt gloryfikuje jednostki OUN-UPA, które przed bitwą z Sowietami dopuściły się udokumentowanych zbrodni o charakterze ludobójczym na polskiej ludności cywilnej oraz podziemiu niepodległościowym w ramach systematycznej antypolskiej akcji. Działania te stanowiły przedłużenie zbrodni wołyńsko-galicyjskiej na tereny Chełmszczyzny i Zamojszczyzny. Kureń „Wowky”, do którego należała znaczna część poległych w Liskach, dowodzony między innymi przez Mariana Łukaszewycza „Jahodę”, a którego strukturami dowodzili zmarli pod Liskami Mychajło Kuras „Krapka” i Jewhen Sywak „Hajda”, ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za najkrwawsze akty terroru w powiecie hrubieszowskim.
Jednym z najbardziej wstrząsających aktów terroru dokonanym przez kureń „Wowky” była masakra polskiej wsi Kryłów, przeprowadzona 25 marca 1945 roku (wydarzenie to przeszło do historii jako tak zwana Krwawa Niedziela w Kryłowie). Zbrodnia ta wyróżniała się wyjątkową perfidią operacyjną. We wczesnych godzinach porannych członkowie UPA pod dowództwem „Jahody”, przebrani dla kamuflażu w mundury Armii Czerwonej, wkroczyli do Kryłowa, odcinając drogi ewakuacji i wystawiając posterunki. Głównym celem był Posterunek Milicji Obywatelskiej. Upowcy, podając się za sowiecki patrol wojskowy eskortujący rzekomego więźnia, całkowicie zmylili czujność funkcjonariuszy i bez oddania strzału zostali wpuszczeni do wnętrza budynku.
Po błyskawicznym rozbrojeniu polskich obrońców napastnicy przystąpili do systematycznej rzezi. Zamordowano wówczas 57 Polaków, w tym 49 osób należących do bezbronnej ludności cywilnej oraz 8 funkcjonariuszy MO. Egzekucji dokonywano przy użyciu broni palnej, często pastwiąc się nad ofiarami. Z taktycznego punktu widzenia nadrzędnym celem ataku na Kryłów było wyeliminowanie Stanisława Basaja pseudonim „Ryś” (urodzonego w 1917 roku), legendarnego dowódcy i organizatora największego zgrupowania Batalionów Chłopskich w regionie. Basaj wsławił się podczas okupacji niemieckiej jako niezwykle skuteczny obrońca polskich wiosek, chroniąc między innymi kolonie Zabłocie, Małków czy wieś Smoligów przed wysiedleniami, a także przed atakami ukraińskiej policji pomocniczej i SS.
W trakcie napadu na Kryłów major Stanisław Basaj został uprowadzony przez bojówkę UPA. Zeznania świadków wskazują, iż ukraińscy nacjonaliści schwytali furmanów, których zmuszono do transportu okaleczonego i ciężko rannego dowódcy w głąb okolicznych lasów. Basaj był przetrzymywany w warunkach urągających ludzkiej godności, a następnie został w bestialski sposób zamordowany, najprawdopodobniej po wielodniowych torturach. Do dzisiaj nie udało się zlokalizować miejsca ukrycia jego zwłok.
Działalność eksterminacyjna kurenia „Wowky” zintensyfikowała się w okresie wiosennym 1945 roku. Oddział ten przeprowadził systematyczną czystkę etniczną polskich osadników w połowie maja 1945 roku, atakując z pełną bezwzględnością wsie Radków, Łachowce, Rzeplin, Posadów oraz Borodycę, położone na pograniczu powiatów tomaszowskiego i hrubieszowskiego. Operacje te wykazują niezwykły cynizm, gdyż miały one miejsce na krótko przed podpisaniem w tym regionie lokalnego zawieszenia broni pomiędzy oddziałami OUN-UPA a formacjami polskiego podziemia poakowskiego zrzeszonymi w organizacji Wolność i Niezawisłość.
Zgodnie z udokumentowanymi relacjami sotnia „Wowky” nie atakowała uzbrojonych garnizonów wojskowych, lecz napadła z zaskoczenia na bezbronnych ludzi pracujących na polach podczas wiosennych zasiewów. W serii brutalnych ataków wymordowano od 34 do 60 osób narodowości polskiej. Znane są przekazy wskazujące na stosowanie nieludzkich tortur przed zadaniem śmierci. To właśnie po dokonaniu tych masowych mordów sotnia dowodzona przez Mariana Łukaszewycza wycofała się na bezpieczne pozycje w rejonie lasu pod Liskami. Teren ten w latach 1944 i 1945 stanowił dla upowców swoistą bazę logistyczną i miejsce rekonwalescencji. Funkcjonowały tam specjalnie przygotowane ziemianki wybudowane przez kureń Dmytra Pełypa „Ema”, dające bezpieczne schronienie po udanych pacyfikacjach.
Nazywanie tych ludzi „żołnierzami” i domaganie się dla nich szacunku to jawna kpina z historii. Co więcej, inskrypcje na zniszczonym pomniku („Chwała bohaterom poległym za wolność i niepodległość Ukrainy” oraz symbolika wyryta na kamieniu, czyli tryzub z mieczem oznaczający symbolikę OUN/UPA zarówno tej melnykowskiej, jak i banderowskiej) to prowokacja sama w sobie. Polskie prawo bezwzględnie zakazuje gloryfikowania formacji totalitarnych i zbrodniczych, jednak w Liskach ten przepis najwyraźniej nie obowiązuje.
Państwo z dykty. Ochrona samowoli budowlanej

Aspekt historyczny to zaledwie połowa tego skandalu. Druga połowa obnaża kompromitującą słabość polskiego państwa w egzekwowaniu własnego prawa.
Obiekt w Liskach, w swojej okazałej, kamienno-metalowej formie, jest najzwyklejszą samowolą budowlaną. Powstał w latach dziewięćdziesiątych bez jakiegokolwiek zgłoszenia, bez pozwolenia na budowę i bez wymaganej prawem zgody instytucji państwowych na umieszczenie treści historycznych. Samowolę wzniesiono na terenie byłego Państwowego Gospodarstwa Rolnego należącego do Skarbu Państwa, a z czasem działka ta przeszła w ręce prywatne, co rzekomo związało ręce urzędnikom.
Mamy więc do czynienia z urzędniczą schizofrenią. Polskie władze nie są w stanie usunąć samowoli budowlanej, która w dodatku stanowi akt profanacji prawdy historycznej. Gdy jednak jacyś zdesperowani obywatele biorą sprawy w swoje ręce, państwo polskie nagle odzyskuje wzrok i słuch. Prokuratura Rejonowa w Hrubieszowie z urzędu wszczyna śledztwo, policja zabezpiecza ślady kryminalistyczne, a ministrowie w Warszawie wydają oświadczenia o ściganiu prowokatorów.
Polski obywatel za postawienie nielegalnej wiaty na drewno otrzymuje surowe kary finansowe i bezwzględny nakaz rozbiórki. Tymczasem nielegalny pomnik gloryfikujący morderców Polaków jest otoczony państwowym parasolem ochronnym, a aparat sprawiedliwości ściga tych, którzy go uszkodzili. Trudno o bardziej jaskrawy dowód na istnienie państwa z dykty.
Trzy kilometry do Przewodowa. Bezczelność bez granic
Najbardziej wstrząsający w całej tej sprawie jest jednak kontekst geograficzny i moralny. W oświadczeniu Ambasady Ukrainy potępiającym uszkodzenie pomnika znalazły się słowa o „przejawach wrogości wobec Ukraińców w Polsce” i pouczanie o niszczeniu wzajemnych relacji.
Wystarczy spojrzeć na mapę, aby zrozumieć skalę tej niedorzeczności. Miejscowość Liski dzieli od wsi Przewodów zaledwie około trzech kilometrów w linii prostej. To właśnie tam w listopadzie 2022 roku uderzyła ukraińska rakieta obrony powietrznej, zabijając na miejscu dwóch niewinnych polskich obywateli. Władze w Kijowie przez długi czas kluczyły w tej sprawie, a Polska w imię wyższych racji geopolitycznych i solidarności z zaatakowanym sąsiadem, przyjęła ten cios ze stoickim spokojem. Nie domagaliśmy się zrywania sojuszy, nie wydawaliśmy nawet oświadczeń takich jak ambasada Ukrainy. Tu spryskano farbą nielegalnie postawiony kamień, w Przewodowie zginęło dwóch polskich obywateli.
Dzisiaj, zaledwie trzy kilometry od miejsca, w którym ukraińska broń zabiła Polaków, strona ukraińska ma czelność wytykać nam wrogość i stawiać żądania. Powodem tej oburzającej połajanki jest uszkodzenie nielegalnego głazu, pod którym leżą oprawcy Polaków. Zamiast spuścić głowę i zrozumieć, że w państwie prawa nie ma miejsca na gloryfikację UPA, ukraińscy urzędnicy próbują zrobić z siebie ofiary, a polskie władze potulnie im w tym wtórują.
Mroczne znalezisko w cieniu obelisku
Odwiedzając to miejsce, redakcja portalu „Konkretnie” natrafiła na jeszcze jeden, niezwykle niepokojący element, który doskonale oddaje gęstą i toksyczną atmosferę wokół tego terenu. Zaledwie kilka metrów od kontrowersyjnego pomnika UPA w głębokiej szczelinie potężnego, starego drzewa, natknęliśmy się na wciśniętą deskę. Do deski tej przybita była mroczna, szmaciana kukła przypominająca lalkę voodoo, w którą powbijano gwoździe.




Zabieg ten wygląda jak wyjęty prosto z pogańskich rytuałów. Trudno jednoznacznie ocenić, co autor miał na myśli. Czy jest to makabryczny żart, swoista klątwa wymierzona w niszczycieli pomnika, a może mroczna groźba skierowana wobec gloryfikatorów UPA? Niezależnie od intencji, to zjawisko obnaża ponurą prawdę. Tam, gdzie państwo polskie chowa głowę w piasek i nie potrafi uporządkować kwestii historycznych zgodnie z prawem, tam las staje się areną dla „pomnikowych wojen”, dzikich emocji i rytualnych, anonimowych gestów.
Czas skończyć z tą uległością
Państwo, które nie potrafi wyegzekwować własnego prawa budowlanego w strachu przed zagraniczną ambasadą, traci rację bytu w oczach swoich obywateli. Rozwiązanie problemu w Liskach jest banalnie proste i wymaga jedynie politycznej odwagi.
Szczątki ludzkie, niezależnie od tego, kim byli zmarli, mają prawo do godnego spoczynku w ziemi. Jednak nadzór budowlany powinien natychmiast wydać i wyegzekwować nakaz rozbiórki nielegalnej konstrukcji architektonicznej. W miejscu samowoli powinien stanąć zestandaryzowany, prosty krzyż z neutralną informacją o pochówku, całkowicie pozbawiony nacjonalistycznych haseł i militarystycznej chwały.
Dopóki polskie władze będą wysyłać policję do ochrony nielegalnych banderowskich obelisków, dopóty będziemy świadkami kolejnych aktów społecznego gniewu. Nie jest to żadna wojna hybrydowa ani rosyjska prowokacja, jak próbują nam wmawiać ulegli politycy. To naturalna reakcja zdrowego organizmu narodowego, który nie zgadza się na plucie mu w twarz na jego własnej ziemi.

