Powiatowe szpitale w naszym regionie regularnie balansują na krawędzi bankructwa. Lokalni samorządowcy pompują w szpitale ogromne kwoty nawet zaciągając kolejne wielomilionowe kredyty na łatanie budżetowych dziur, a pacjenci z niepokojem słuchają doniesień o zamykaniu oddziałów. W przestrzeni publicznej dominuje narracja o chronicznym braku pieniędzy w ochronie zdrowia i o niedofinansowanym systemie. Jednak gdy redakcja portalu „Konkretnie” dotarła do oficjalnych dokumentów finansowych, zza kurtyny tej pozornej biedy wyłonił się obraz zupełnie innej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której w publicznych placówkach wypłacane są kwoty sięgające setek tysięcy złotych miesięcznie. To systemowa patologia finansowana bezpośrednio z kieszeni podatników.
Na samym wstępie musimy zaznaczyć jedną absolutnie kluczową kwestię. Ten materiał nie jest atakiem na środowisko lekarskie. Szanujemy trudną, odpowiedzialną i fizycznie wyniszczającą pracę medyków. Ratowanie ludzkiego życia wymaga najwyższych kwalifikacji i powinno być bardzo dobrze wynagradzane. Jeżeli wziąć pod uwagę grupy zawodowe finansowane z publicznych pieniędzy to właśnie w służbie zdrowia te wynagrodzenia powinny być najwyższe. Różnych rzeczy może w życiu każdego człowieka brakować, jednak gdy zabraknie zdrowia, wówczas wszystko inne schodzi na dalszy plan. Dodatkowo nie bez znaczenia jest fakt, że prawo popytu i podaży na rynku pracy jest nieubłagane. System opieki zdrowotnej w Polsce jest tak skonstruowany, że pozwala na takie sytuacje jakie przedstawione zostaną w tym tekście. Nie można jednak stracić z pola widzenia faktu, że są to pieniądze publiczne. Nikt nie wtrąca się w dochody prywatnych klinik. W tym wypadku sprawa jest jednoznaczna i nie podlega dyskusji. Co innego gdy mówimy o szpitalach publicznych, finansowanych z pieniędzy wszystkich podatników.
Trudno też nie zauważyć jak drastycznie zmieniła się narracja ludzi odpowiedzialnych za taki stan rzeczy. Rząd nagle zauważa problem, z dumą ogłasza uregulowanie maksymalnych kwot zarobków lekarzy (chociaż z treści aktów prawnych projektowanych w tym zakresie wcale to nie wynika) i niemal wprost sugeruje, że winni są lekarze. Już to w przeszłości przerabialiśmy. Własna indolencja była zamieniana na szukanie winnych w kadrze medycznej. Tak absolutnie nie jest.
Naszym celem nie są nazwiska lekarzy. Naszym celem jest obnażenie systemowej patologii. Pytamy o to, jak to możliwe, że w rzekomo biednych i zadłużonych po uszy szpitalach powiatowych pojedynczy medycy generują koszty idące w miliony złotych rocznie.
Hrubieszowski rekord po sądowej interwencji
Szczególnie interesująco wygląda sytuacja w Hrubieszowie. Przypomnijmy, że początkowo dyrektor SPZOZ Arkadiusz Bratkowski odmówił udostępnienia informacji o kwotach, zasłaniając się rzekomym brakiem personelu administracyjnego. Dopiero po wniesieniu skargi do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Lublinie szpital udostępnił żądane informacje. Czy wcześniejsza odmowa miała związek z treścią ujawnionych danych? Każdy czytelnik może wyrobić sobie własne zdanie.
Z oficjalnego pisma podpisanego przez dyrekcję wynika, że absolutny rekordzista w hrubieszowskim szpitalu pracujący na oddziale chirurgii ogólnej wygenerował na swoim kontrakcie w 2025 roku łączną kwotę w wysokości 1 669 728,36 złotych. Tak. Dokładnie tak. I mówimy tu o szpitalu powiatowym. Nie o specjalistycznym oddziale w najlepszym szpitalu, gdzie wykonywane są operacje o najwyższym stopniu skomplikowania. Nie o prywatnej klinice finansowanej z prywatnych pieniędzy, gdzie pacjent płaci i wymaga, a wysokie zarobki to wyłącznie zasługa i sprawa przedsiębiorcy na wolnym rynku. Tutaj mówimy o publicznych pieniądzach. Drugie miejsce zajmuje specjalista z ortopedii i traumatologii narządu ruchu z rocznym kontraktem na poziomie 1 527 396,65 złotych. Na trzecim miejscu plasuje się kolejny chirurg z kwotą 1 208 506,91 złotych.
Jeśli zsumujemy roczne zarobki z 2025 roku zaledwie dziesięciu najlepiej opłacanych lekarzy w hrubieszowskiej placówce, otrzymamy łączną kwotę ponad 9,54 miliona złotych.
Obrazowe stają się te dane, gdy spojrzymy na faktury za pojedyncze miesiące w Hrubieszowie. Najwyższa miesięczna kwota wypłacona jednemu lekarzowi na oddziale anestezjologii i intensywnej terapii w marcu 2026 roku wyniosła 113 500 złotych za 355 godzin pracy, co daje średnio niemal 12 godzin na dyżurze każdego dnia miesiąca.
Tomaszów Lubelski. Co pokazują liczby?
O ile w Hrubieszowie widać najwyższe kwoty, o tyle dokumenty przesłane nam z tomaszowskiego ZOZ pokazują specyficzne podejście do rozliczania czasu pracy. Szpital ten udostępnił nam bardzo dokładne zestawienia przepracowanych godzin.
Rekordzista w tomaszowskim ZOZ wygenerował w 2025 roku rachunki na łączną kwotę 1 220 816,94 złotych, pracując jednocześnie na umowie o pracę oraz kontrakcie cywilnoprawnym. Drugi na liście medyk zarobił 1 093 745,28 złotych, a trzeci przekroczył barierę miliona, inkasując 1 021 324,20 złotych. Łączna suma wynagrodzeń pierwszej dziesiątki lekarzy w Tomaszowie Lubelskim wynosi blisko 9,25 miliona złotych.
W rubryce dotyczącej przepracowanych godzin kryją się jednak znacznie ciekawsze liczby. Rekordzista za pojedynczy miesiąc wykazał 598 godzin pracy. Biorąc pod uwagę, że cały miesiąc ma 744 godziny, oznacza to matematycznie przebywanie w pracy przez ponad 19 godzin każdej doby w miesiącu bez żadnego dnia wolnego.
Tak wysoka liczba wykazanych godzin rodzi pytania o strukturę czasu pracy. W praktyce część z nich mogła obejmować dyżury medyczne lub pozostawanie w gotowości do udzielania świadczeń. Dokumenty nie precyzują tych szczegółów. To jednak właśnie takie modele organizacji pracy generują bardzo wysokie koszty dla publicznych placówek. Tak kontrakty ze szpitalami konstruuje NFZ.
Dlaczego Krasnystaw ukrywa godziny? Finał sprawy w WSA
Na tle Hrubieszowa i Tomaszowa zupełnie inaczej zachował się SPZOZ w Krasnymstawie kierowany przez dyrektora Zbigniewa Widomskiego.
Krasnostawski szpital po naszym wniosku prasowym udostępnił same kwoty. Rekordzista na oddziale chirurgii w Krasnymstawie w 2025 roku zarobił 1 243 494,20 złotych na kontrakcie. Na kolejnych pozycjach znajdują się kwoty rzędu 888 tysięcy złotych oraz 782 tysiące złotych, przy czym ta ostatnia kwota to wynik na zwykłej umowie o pracę. Zsumowanie zarobków pierwszej dziesiątki krasnostawskich lekarzy daje wynik ponad 7,35 miliona złotych.
Dyrektor Widomski stanowczo odmówił podania liczby przepracowanych godzin, zasłaniając się tym, że jest to informacja przetworzona wymagająca gigantycznego nakładu pracy i analizy pojedynczych kart. Brak tych danych uniemożliwia jednak obywatelom obiektywną ocenę relacji pomiędzy wysokością wynagrodzeń a rzeczywistym wymiarem pracy. Ukrywanie tych informacji rodzi natychmiastowe podejrzenia i jest jawnym uderzeniem w prawo do informacji publicznej. Dlatego redakcja portalu „Konkretnie” nie zostawi tej sprawy bez echa. Odmowa podania liczby przepracowanych godzin przez krasnostawskich rekordzistów znajdzie swój finał w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Lublinie.
Biłgoraj gra na zwłokę i zasłania się procedurami
Jeszcze inną drogę wybrał szpital w Biłgoraju zarządzany przez spółkę Arion Szpitale w restrukturyzacji. W oficjalnym piśmie z 9 lipca 2026 roku dyrektor Marta Maciejewska poinformowała naszą redakcję, że przygotowanie wykazu najwyższych wynagrodzeń to tworzenie informacji przetworzonej. W związku z tym szpital zażądał od nas wykazania „szczególnie istotnego interesu publicznego”.
Co ciekawe dyrekcja z Biłgoraja postanowiła od razu dać sobie mnóstwo czasu na przemyślenia i oficjalnie przedłużyła termin załatwienia sprawy aż do 25 sierpnia 2026 roku. Gra na zwłokę i zasłanianie się procedurami w sytuacji, gdy pytamy o publiczne pieniądze, to biurokratyczna obstrukcja budząca głęboki niesmak. My oczywiście odpowiednie pismo z wykazaniem interesu publicznego już złożyliśmy. Pieniądze ze składek zdrowotnych podlegają bezwzględnej kontroli społecznej i obywatele mają prawo wiedzieć o każdym wydanym milionie. Będziemy bezwzględnie egzekwować to prawo i jak tylko uzyskamy ostateczną odpowiedź, natychmiast poinformujemy naszych czytelników o wynikach kontroli w biłgorajskiej placówce.
Zestawienie TOP 10 najwyższych rocznych wynagrodzeń ze wszystkich badanych szpitali (2025 rok)
Aby ukazać skalę problemu systemowego, na podstawie uzyskanych dokumentów przygotowaliśmy zestawienie dziesięciu najwyższych rocznych kwot wygenerowanych przez pojedynczych lekarzy we wszystkich trzech analizowanych placówkach łącznie za rok 2025.
| Pozycja | Szpital | Kwota roczna |
|---|---|---|
| 1. | SPZOZ Hrubieszów | 1 669 728,36 zł |
| 2. | SPZOZ Hrubieszów | 1 527 396,65 zł |
| 3. | SPZOZ Krasnystaw | 1 243 494,20 zł |
| 4. | SPZOZ Tomaszów Lubelski | 1 220 816,94 zł |
| 5. | SPZOZ Hrubieszów | 1 208 506,91 zł |
| 6. | SPZOZ Tomaszów Lubelski | 1 093 745,28 zł |
| 7. | SPZOZ Tomaszów Lubelski | 1 021 324,20 zł |
| 8. | SPZOZ Tomaszów Lubelski | 948 936,86 zł |
| 9. | SPZOZ Hrubieszów | 917 642,84 zł |
| 10. | SPZOZ Krasnystaw | 888 345,00 zł |
Rządowa ustawa to ułuda rozwiązania problemu
Najnowszy projekt nowelizacji ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej, przygotowany przez Ministerstwo Zdrowia pod koniec lipca 2026 roku, zakłada wprowadzenie limitów czasu pracy i wynagrodzeń dla medyków w publicznym i komercyjnym systemie ochrony zdrowia. Główne założenia projektu to maksymalnie 320 godzin pracy w miesiącu (odpowiednik dwóch etatów) oraz maksymalna stawka w wysokości 240 zł brutto za godzinę. Oznacza to górny limit zarobków na poziomie około 38,5 tysiąca złotych brutto za etat i około 76,8 tysiąca złotych brutto za dwa etaty.
Nowe przepisy natychmiast spotkały się z krytyką ze strony ekspertów i środowiska lekarskiego. Główne zarzuty wobec projektu obnażają jego powierzchowność:
- Zbyt szerokie furtki pozwalające na omijanie limitów: Projekt przewiduje wyjątki od ogólnych limitów zarobków. Jeśli lekarz pełni dodatkowe funkcje (na przykład kierownik oddziału, ordynator) lub posiada szczególne umiejętności, jego wynagrodzenie może wzrosnąć z ośmiokrotności do dwunastokrotności płacy minimalnej. Rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej Jakub Kosikowski wskazuje, że nieostre przesłanki sprawią, iż placówki będą nagminnie wykorzystywać te wyjątki, aby utrzymać specjalistów, a cel ustawy po prostu nie zostanie osiągnięty.
- Zagrożenie dla funkcjonowania poradni: Ograniczenie liczby etatów do dwóch może stanowić potężny problem dla lekarzy, którzy pracują w kilku miejscach w mniejszym wymiarze godzin (na przykład w jednym szpitalu na część etatu, w drugim przyjmując pacjentów w poradni). Eksperci wprost ostrzegają, że może to doprowadzić do całkowitego paraliżu wielu poradni specjalistycznych.
- Potencjalne działania pozorne dyrektorów szpitali: Zgodnie z nowymi przepisami za przekraczanie limitów wynagrodzeń lub czasu pracy dyrektorzy szpitali mają być karani grzywną. Pojawiają się bardzo realne obawy, że w strachu przed utratą lekarzy, dyrektorzy mogą zawierać nieformalne umowy z medykami, by rekompensować im ewentualne straty lub dzielić się kosztami kar pod stołem.
- Nowe kary za brak raportowania: Szpitale mają zostać obciążone surowymi karami finansowymi (nawet do 0,5 procent wartości kontraktu, co w przypadku dużych jednostek może oznaczać grzywny sięgające miliona złotych) za brak raportowania danych o wynagrodzeniach medyków do NFZ.
- Brak realnego zmniejszenia wydatków NFZ: Co najbardziej kuriozalne, sami autorzy projektu oficjalnie przyznają, że wprowadzenie limitów wcale nie zmniejszy bezpośrednio wydatków Narodowego Funduszu Zdrowia na leczenie, a jedynie ma zmienić sposób podziału środków wewnątrz placówek medycznych.
Z dostępnych informacji wynika, że rząd przygotowuje pakiet zmian w przepisach, jednak nie przedstawił on dotychczas żadnego spójnego planu ani konkretnych instrumentów mających na celu zatrzymanie lekarzy w sektorze publicznym po ewentualnym wprowadzeniu limitów zarobków. Jak na razie narracja rządu opiera się na dwóch bardzo kruchych filarach.
Pierwszy filar można streścić hasłem „biedy nie ma”. Premier Donald Tusk oraz przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia konsekwentnie podkreślają, że zaproponowane stawki są bardzo korzystne. Premier argumentuje, że nawet po wprowadzeniu maksymalnego pułapu wynagrodzeń w wysokości około 76,8 tysiąca złotych, polscy lekarze nadal będą mogli zarabiać bardzo wyraźnie powyżej średniej europejskiej. Przekaz ten sprowadza się do twierdzenia, że limit nie skazuje nikogo na niskie zarobki i powinien być wystarczającą zachętą finansową do pozostania w systemie. Prawda jest jednak taka, że o ile biedy rzeczywiście nie ma, o tyle w całej tej rządowej koncepcji sensu i logiki też nie ma.
Drugi filar to próby utrudniania pracy poza głównym miejscem zatrudnienia. Zamiast pozytywnych zachęt, projekt ustawy przewiduje po prostu administracyjne utrudnienia, które mają ściślej i na siłę związać lekarzy z publicznymi placówkami. Należą do nich obowiązek świadczenia pracy przez minimum pół etatu w jednej głównej placówce oraz wymóg uzyskania formalnej zgody od swojego głównego pracodawcy na podjęcie dodatkowej pracy, w tym także w lukratywnym sektorze prywatnym. To rozwiązanie miałoby w teorii uniemożliwić masowe odchodzenie z systemu publicznego. Krytycy słusznie jednak zwracają uwagę, że takie obostrzenia administracyjne bez wdrożenia realnych zachęt wywołają efekt dokładnie odwrotny od zamierzonego. Lekarze mogą całkowicie zrezygnować z pracy w niewydolnych szpitalach publicznych, by móc bez żadnych ograniczeń i lojalek przyjmować pacjentów w sektorze prywatnym, gdzie tego typu limity ich po prostu nie obowiązują.
Czy samorządy utraciły kontrolę nad kosztami?
Dane uzyskane przez redakcję pokazują bezlitośnie skalę wydatków na wynagrodzenia lekarskie w zadłużonych szpitalach powiatowych i obnażają systemową patologię. Zestawienie w którym zaledwie trzydziestu lekarzy w trzech szpitalach kosztuje podatników ponad 26 milionów złotych rocznie to informacja wymagająca transparentności. To pytania, na które odpowiedzi oczekują przede wszystkim mieszkańcy finansujący system ochrony zdrowia ze swoich podatków i składek. System ochrony zdrowia sam jest chory i to jest choroba przewlekła. Dodawanie kolejnych pieniędzy do tak skonstruowanego systemu bez żadnych zmian strukturalnych przypomina próbę leczenia jaskry lewatywą.
W obliczu tego kryzysu pojawiają się głosy o ewentualnej prywatyzacji placówek medycznych. Oddanie publicznego szpitala w prywatne ręce to rozwiązanie, w którym prywatny kapitał kieruje się wyłącznie rachunkiem ekonomicznym. Taki inwestor zazwyczaj bez wahania likwiduje nierentowne oddziały, skupiając się wyłącznie na najbardziej dochodowych procedurach medycznych. Ogromne zdumienie budzą więc działania w Hrubieszowie, gdzie dyrekcja podejmuje próby wydzierżawienia Podstawowej Opieki Zdrowotnej na rzecz prywatnego podmiotu. POZ to zazwyczaj stabilny i dochodowy filar publicznej placówki, oparty na pewnej stawce kapitacyjnej z NFZ. Pozbywanie się go w sytuacji kłopotów finansowych całego szpitala to książkowy przykład prywatyzowania zysków i uspołeczniania strat, co obiektywnie działa na bezpośrednią szkodę samej placówki i całego powiatu.
Część samorządowców i dyrektorów wciąż ulega złudzeniu, że licytując się na stawki z sąsiednimi powiatami, zatrzymają u siebie specjalistów i podniosą prestiż placówki. To jednak droga donikąd. Prawda jest taka, że w skomplikowanym leczeniu specjalistycznym absolutnym hegemonem w naszym regionie pozostaje Lublin. Żadne kwoty, nawet te sięgające półtora miliona złotych w Hrubieszowie czy Tomaszowie Lubelskim, po prostu tego nie zmienią. Pacjent z poważnym problemem i tak ostatecznie szuka ratunku w dużym ośrodku klinicznym.
Jak zatem uleczyć ten chory system? Rozwiązaniem bolesnym, ale absolutnie koniecznym wydaje się ograniczenie zakresu świadczeń w szpitalach powiatowych i oparcie systemu na twardej hierarchii. Dokładnie takiej, jaką doskonale znamy z infrastruktury dróg publicznych.
Mamy przecież drogi gminne, powiatowe, wojewódzkie i krajowe. Zimą tę różnicę widać gołym okiem. Wjeżdżając na drogę krajową od razu widzimy czarny i odśnieżony asfalt, ponieważ tam skupiają się największe siły i środki państwa. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wymaga od wójta, aby przez środek jego gminy przebiegała autostrada wybudowana za własne pieniądze. Dlaczego więc w ochronie zdrowia pozwalamy na to, by małe i zadłużone powiaty próbowały na siłę utrzymywać u siebie gigantyczne medyczne autostrady?
Szpitale powiatowe powinny stanowić solidną i podstawową sieć opieki, diagnostyki oraz stabilizacji pacjenta. Drogie i wysoce specjalistyczne leczenie musi zostać skonsolidowane na wyższym szczeblu. Dopóki płatnik i politycy nie odważą się na taką reformę, lokalni włodarze nadal będą pełnić rolę bezradnych bankomatów zadłużających powiaty na poczet utrzymania politycznej fasady. Natomiast pacjenci finansujący ten system nadal nie będą mieli zapewnionej opieki zdrowotnej na akceptowalnym poziomie.

