Patrzenie na ręce lokalnej władzy i punktowanie postępującego paraliżu hrubieszowskiego szpitala to dla mnie chleb powszedni. Każdy krytyczny tekst na łamach „Konkretnie” to efekt twardej analizy faktów i konsekwentnego domagania się prawdy o działaniach lokalnego samorządu. Nie jest to żaden hejt, a realna ocena faktów, którą dyrekcja hrubieszowskiego szpitala i zarząd powiatu hrubieszowskiego próbuje zafałszować. Jednak nawet znając ten system od podszewki, człowiek nie jest gotowy na moment, gdy sam – jako pacjent w stanie nagłego, bezpośredniego zagrożenia zdrowia – zderza się z nim osobiście. Moja niedzielna wizyta w poradni Nocnej i Świątecznej Opieki Zdrowotnej o godzinie 7:15 rano była absolutną koniecznością i wymagała natychmiastowej, pilnej pomocy lekarskiej. Zamiast tego przyniosła brutalne zderzenie z rzeczywistością i ostateczny dowód na to, że pod rządami dyrektora Arkadiusza Bratkowskiego hrubieszowski ZOZ po prostu przestał funkcjonować.
Niedzielny poranek, nagłe i bardzo niepokojące objawy zdrowotne. W takich sytuacjach każdy z nas zdaje sobie sprawę, że natychmiastowa konsultacja lekarska to po prostu konieczność. Ze względu na wysokie ryzyko szybkiego rozwoju infekcji oraz groźnych dla zdrowia powikłań, zwlekanie do poniedziałku na otwarcie gabinetu lekarza rodzinnego absolutnie nie wchodziło w grę. Sprawa wymagała niezwłocznego działania, a jedynym miejscem, gdzie w weekend powinienem otrzymać pomoc, była właśnie hrubieszowska poradnia Nocnej i Świątecznej Opieki Zdrowotnej. Stąd też decyzja o natychmiastowym wyjeździe do szpitala.
O godzinie 7:15 rano stawiłem się w budynku hrubieszowskiego szpitala. Zgodnie z kontraktem z Narodowym Funduszem Zdrowia, opieka lekarska i pielęgniarska ma tam funkcjonować nieprzerwanie, przez całą dobę w dni wolne od pracy. Rzeczywistość hrubieszowska pod wodzą dyrektora Bratkowskiego okazała się jednak brutalnym zderzeniem z organizacyjną indolencją.
„Ciemna godzina” hrubieszowskiego szpitala
Na miejscu zastałem pustkę. Lekarza dyżurnego po prostu nie było. Jak się okazało, doktor z nocnej zmiany postanowił zakończyć pracę wcześniej i pojechał do domu. Z kolei lekarz, który miał rozpocząć dyżur dzienny o godzinie 8:00, do momentu mojego wyjścia z placówki o godzinie 8:50 w ogóle nie dotarł do gabinetu. W efekcie, w tych kluczowych porannych godzinach poradnia obsługująca cały powiat hrubieszowski funkcjonowała bez zabezpieczenia dedykowanego lekarza. Gdyby do gabinetu wszedł pacjent z dusznością, silną reakcją alergiczną czy wysoką gorączką u małego dziecka – nie zastałby nikogo, kto zgodnie z harmonogramem nocnej opieki powinien podjąć natychmiastowe leczenie lub wypisać receptę.
Gdy zacząłem otwarcie i stanowczo krytykować tę skandaliczną sytuację, na korytarzu wybuchło nerwowe poruszenie. Pielęgniarka, wyraźnie zakłopotana i zawstydzona faktem, że szpital po raz kolejny nie potrafi zabezpieczyć podstawowej obsady dyżurowej, zaczęła gorączkowo szukać ratunku.
Rozwiązanie, po jakie sięgnięto, obnaża kolejną patologię systemu – tzw. „łatanie dziur”. Pielęgniarka wezwała na pomoc dyżurującą na Izbie Przyjęć lekarkę pediatrę. Pani doktor natychmiast zeszła, zbadała mnie i udzieliła niezbędnej pomocy.
W tym miejscu chcę to podkreślić z całą mocą, aby nikt nie miał wątpliwości: nie mam najmniejszych pretensji do personelu pielęgniarskiego oraz do lekarki, która mnie przyjęła. Ci ludzie po prostu rzetelnie robili swoją robotę. Wykazali się empatią, profesjonalizmem i uratowali sytuację, biorąc na siebie ciężar nieswoich obowiązków. Jednak z dziennikarskiego i obywatelskiego obowiązku muszę zadać proste pytanie: czy to była jej rola?
Łatanie systemu kosztem innych pacjentów
Lekarka pracująca na Izbie Przyjęć ma swoje własne, niezwykle odpowiedzialne zadania, zabezpieczając pacjentów trafiających do szpitala w stanach nagłych, nierzadko bezpośrednio zagrażających życiu. Ściąganie jej z posterunku tylko dlatego, że kierownictwo szpitala nie potrafi wyegzekwować od lekarzy z Nocnej Opieki przestrzegania godzin pracy, to skrajna nieodpowiedzialność dyrekcji.
Przez czas, który pani doktor poświęciła na łatanie dziury w poradni weekendowej, pacjenci na Izbie Przyjęć pozostawali bez jej bezpośredniego nadzoru. To klasyczne, hrubieszowskie zarządzanie kryzysowe: aby ugasić jeden pożar wywołany brakiem dyscypliny i kontroli, tworzy się zagrożenie w innym, kluczowym punkcie szpitala.
Najlepsze (a właściwie najgorsze) nastąpiło jednak na koniec. Gdy po badaniu i otrzymaniu pomocy ostatecznie opuszczałem budynek poradni – a była już godzina 8:50 – lekarza, który miał rozpocząć dyżur o godzinie 8:00, nadal nie było na horyzoncie. To co najmniej 50 minut opóźnienia na posterunku, który decyduje o zdrowiu i życiu pacjentów powiatu hrubieszowskiego.
Zarządcza bezradność na szczytach hrubieszowskiego ZOZ-u
Ta sytuacja to nie przypadek, pech czy nieszczęśliwy zbieg okoliczności. To bezpośredni, namacalny skutek braku kompetencji dyrektora Arkadiusza Bratkowskiego, który u sterów hrubieszowskiego ZOZ-u udowadnia, że zarządzanie placówką medyczną całkowicie go przerasta.
Nadzór nad hrubieszowskim lecznictwem pod wodzą obecnych władz powiatowych to jedna wielka fikcja. Starosta Józef Kuropatwa (PSL) oraz jego zarząd z dumą powołali Arkadiusza Bratkowskiego na stanowisko dyrektora, przyznając mu sowite wynagrodzenie. Panowie w lokalnych mediach regularnie chwalą się rzekomymi sukcesami, odbierają jakieś bzdurne statuetki, podczas gdy szpital pod ich rządami tonie w kryzysach – ortopedzi składają wypowiedzenia, a pacjenci nocnej opieki odbijają się od pustych gabinetów. Do tego oczywiście dochodzi jeszcze plan oddania POZ w prywatne ręce.
Wobec tak rażących faktów opinia publiczna ma pełne prawo żądać natychmiastowych i jednoznacznych wyjaśnień od starosty Kuropatwy oraz dyrektora Bratkowskiego. Czas najwyższy, aby zarządzający hrubieszowskim szpitalem przestali zasłaniać się propagandowymi sukcesami i odpowiedzieli na kluczowe pytania o to, jak dopuszczono do sytuacji, w której lekarz kontraktowy może bezkarnie porzucić dyżur przed czasem, a pacjenci w stanach nagłych skazywani są na loterię i szukanie ratunku na innych, i tak już przeciążonych oddziałach. Brak realnego nadzoru nad dyscypliną i czasem pracy personelu to nie tylko rażące łamanie kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia – to igranie ze zdrowiem mieszkańców powiatu, którzy z własnych podatków utrzymują tę placówkę i opłacają astronomiczne pensje jej dyrekcji.
Tej sprawy nie zamierzam odpuścić. Posiadając narzędzie kontroli w postaci niezależnego portalu, mam możliwość nagłośnienia tej patologii i wyrażenia publicznego sprzeciwu. Czuję więc szczególny, obywatelski obowiązek, by to zrobić. Doskonale wiem bowiem, że zwykli pacjenci są w zderzeniu z tą urzędniczą machiną skrajnie bezradni. Ludzie cierpiący, starsi, schorowani czy rodzice z gorączkującymi dziećmi, pozostawieni bez lekarza w niedzielny poranek, często nie mają ani siły, ani odpowiednich możliwości, by dochodzić swoich podstawowych praw. Są po prostu odprawiani z kwitkiem i skazywani na cierpienie w milczeniu. Nie mam zamiaru tracić czasu na jałowe dyskusje z dyrekcją i czekanie na wymijające, okrągłe tłumaczenia, które i tak niczego nie zmienią. Zamiast tego, jeszcze dziś kieruję oficjalną, udokumentowaną skargę bezpośrednio do Narodowego Funduszu Zdrowia. O postępach w tej sprawie i o tym, jak na rażące łamanie kontraktu zareaguje NFZ, będę informował na bieżąco.

