W polityce samorządowej uśmiechy, przecinanie wstęg i starannie reżyserowany PR to chleb powszedni. Problem pojawia się, gdy ten pudrowany wizerunek zderza się z twardymi faktami. Kiedy lokalnej władzy brakuje merytorycznych argumentów na niewygodne pytania dotyczące publicznych pieniędzy i wadliwych inwestycji, najprostszą metodą obrony staje się atak. Cel takich działań może być jeden – wywołanie efektu mrożącego wobec dziennikarzy i odwrócenie uwagi opinii publicznej od własnych kompromitacji. Redakcja portalu „Konkretnie” jednak nie zamierza milczeć. Szczególnie wtedy, gdy ta sama władza, która tak bardzo domaga się ochrony swojego wizerunku na salach sądowych, potrafi na otwartej sesji zachować się w sposób budzący najpoważniejsze wątpliwości prawne.
Pośpiech jest podobno wskazany wyłącznie przy łapaniu pcheł. Niestety w hrubieszowskim magistracie ta zasada najwyraźniej nie obowiązuje. Chęć błyskawicznego, wręcz sprinterskiego przeforsowania podwyżek opłat za śmieci doprowadziła do zwołania sesji nadzwyczajnej praktycznie z dnia na dzień. Debaty nie było, radni milczeli, a całą przestrzeń wypełniła burmistrz Marta Majewska. I właśnie w tym monologu padło o kilka słów za dużo. Na transmitowanej na żywo sesji, przy włączonych kamerach i w obecności setek mieszkańców przed ekranami, funkcjonariusz publiczny ujawnił dane, które – w naszej ocenie – powinny podlegać ochronie. Budzi to w pełni uzasadnione podejrzenie rażącego naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych. Z analiz prawnych wynika, że burmistrz Majewska wystąpieniem na sesji nadzwyczajnej dotyczącej podwyżek dla mieszkańców naruszyła nie tylko przepisy administracyjne ale też i karne. Czy takie interpretacje są uzasadnione? O tym zdecydują właściwe w tym zakresie organy.
RODO? Dla władzy to tylko luźna sugestia
To nie było zwykłe przejęzyczenie. Skupmy się na faktach, które każdy mógł zobaczyć na własne oczy. Funkcjonariusz publiczny, który z racji pełnionego urzędu ma absolutny obowiązek stania na straży prawa, bez najmniejszych oporów proceduje w sposób uderzający w prywatność. Widzimy tu porażające podwójne standardy. Zwykły przedsiębiorca czy pracownik za najmniejszy błąd w procedurach RODO jest natychmiast straszony bezlitosnymi karami. Tymczasem na najwyższym szczeblu w mieście trudno oprzeć się wrażeniu, że przepisy te potraktowano jako luźne sugestie. Wobec tak ewidentnego zachowania na publicznym forum, złożenie oficjalnego zawiadomienia do Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, Rady Miasta oraz organów ścigania to po prostu elementarny obowiązek obywatelski. Nie może być tu zgody na to, aby prawo było stosowane wybiórczo w zależności od zajmowanego stanowiska.
Hipokryzja tej sytuacji jest wręcz trudna do pojęcia. Ta sama władza, która przed kamerami w ewidentny sposób lekceważy zasady chroniące prywatność, ma jednocześnie czelność używać publicznych pieniędzy i aparatury prawnej urzędu do pozywania niezależnych dziennikarzy.
Pozew jako zasłona dymna. Czego boi się Majewska?
Dowód na to leży na biurku naszej redakcji. Kiedy na łamach „Konkretnie” opublikowaliśmy artykuł o nieprawidłowościach przy inwestycji związanej z krytą pływalnią „Fala” (sprawa pękających włazów, wielomilionowych roszczeń i toczącego się postępowania prokuratorskiego), odpowiedź ratusza była błyskawiczna. Zamiast transparentnych wyjaśnień dla mieszkańców, otrzymaliśmy pozew cywilny wytoczony przez Gminę Miejską Hrubieszów. Prawnik wynajęty przez miasto przekonuje w pozwie, że nasze pytania i analiza prokuratorskiego śledztwa uderzają w renomę i autorytet Gminy Miejskiej.
Pozew ten nosi wiele cech działań określanych w debacie publicznej jako SLAPP (Strategic Lawsuit Against Public Participation), czyli postępowań, których skutkiem może być wywołanie efektu mrożącego wobec dziennikarzy i osób zabierających głos w sprawach publicznych. Urzędnikom najwyraźniej wydaje się, że za pomocą prawników z zewnętrznej kancelarii zmuszą nas do tego, abyśmy przestali zadawać trudne pytania o miliony złotych z budżetu miasta. Jeśli ktokolwiek w Urzędzie Miasta myślał, że taki dokument zamknie nam usta, to głęboko się pomylił. To jedynie utwierdza nas w przekonaniu, że dotknęliśmy niezwykle newralgicznego i niewygodnego punktu.
10 milionów w koszu i obywatelskie „sprawdzam”
Sądowe batalie z dziennikarzami to wygodna ucieczka od tego, co obiektywnie uderza w finanse miasta. Dokumenty przecież nie kłamią, a oficjalnych protokołów Regionalnej Izby Obrachunkowej nie da się zakrzyczeć pozwami. Wynika z nich wprost, że w systemie gospodarowania odpadami komunalnymi, który z mocy ustawy ma się samofinansować, w latach 2020 do 2025 wygenerowano deficyt przekraczający astronomiczną kwotę 10 milionów złotych. Skąd wzięto te pieniądze? Zostały pokryte z ogólnych dochodów własnych gminy. Innymi słowy – z pieniędzy wszystkich mieszkańców. Miliony, które mogły zostać zainwestowane w nowe drogi, chodniki i oświetlenie, powędrowały na łatanie śmieciowej dziury powstałej wskutek wieloletniej bezradności zarządczej władz Hrubieszowa.
Kiedy zaniepokojeni obywatele powiedzieli „sprawdzam” i złożyli zawiadomienie o możliwości niedopełnienia obowiązków służbowych, system zaprezentował logikę budzącą najwyższe zdumienie. Prokuratura w 30 dni zamknęła sprawę zza biurka, a sędzia Sądu Rejonowego w Hrubieszowie w jednoosobowym składzie wydał postanowienie, z którym po prostu trudno się zgodzić. Uznano mianowicie, że mieszkanka miasta nie ma w ogóle prawa złożyć zażalenia. Zignorowano całkowicie fakt, że gigantyczna wyrwa w miejskiej kasie uderza bezpośrednio i boleśnie we wszystkich podatników, bo to przecież z ich wspólnego budżetu zasypywano ten systemowy deficyt. Na szczęście sprawa wraca na wokandę, gdyż to rozstrzygnięcie zostało zaskarżone i wymusi wreszcie merytoryczną ocenę. Nie jest zatem tak jak przekonywała pani burmistrz na sesji, że sprawa jest zamknięta. Ciągle się toczy a jej wynik jeszcze przesądzony nie jest.
„Nowa Polska” wirtualnie, stara polityka realnie
Cała ta sytuacja zyskuje dodatkowy wymiar, gdy spojrzymy na ogólnopolskie ambicje polityczne, bo pani burmistrz pełni przecież funkcję wiceprezesa nowej partii politycznej „Nowa Polska”. Formacja ta na swoich sztandarach niesie wzniosłe hasła o nowej jakości, odpolitycznieniu, transparentności i uzdrawianiu życia publicznego. Wchodząc na facebookowy profil pani wiceprezes, możemy z fascynacją czytać jej górnolotne analizy dotyczące rozpadu starych partii oraz złote rady na uzdrowienie sytuacji w kraju.
Problem w tym, że prezentowane tam poglądy stoją w jaskrawej, wręcz rażącej sprzeczności z tym, co władza czynami pokazuje jako gospodarz miasta. Opowiadanie pięknych bajek bez pokrycia w mediach społecznościowych to jedno, ale codzienne działania weryfikują te szumne zapowiedzi bezlitośnie.
Trudno oprzeć się pytaniu, jakie standardy ma zamiar wprowadzać w państwie partia, której wiceprezes na własnym samorządowym podwórku pozwala na gigantyczne deficyty w systemie odpadowym, ma problem z ochroną danych osobowych na sesjach i używa miejskich prawników do walki z niezależną prasą. Pouczanie innych z wirtualnej, ogólnopolskiej mównicy przy jednoczesnym uciekaniu przed krytyką na własnym terenie to szczyt politycznej hipokryzji.
Warunkowe umorzenie w roli obrońcy dobrego imienia
Ta prawnicza krucjata ratusza w obronie czystego wizerunku staje się jeszcze bardziej interesująca, gdy przypomnimy sobie niewygodne fakty z niedalekiej przeszłości. Zanim pani burmistrz zaczęła na koszt podatnika wysyłać pozwy przeciwko dziennikarzom, sama musiała gęsto tłumaczyć się w sądzie z tego, co mówi i pisze.
Dokładnie 28 stycznia 2026 roku Sąd Okręgowy w Zamościu wydał prawomocne orzeczenie, w którym utrzymał ustalenia dotyczące popełnienia przez burmistrz Martę Majewską czynu z artykułu 212 paragraf 2 Kodeksu karnego, czyli zniesławienia za pomocą środków masowego przekazu. Sąd prawomocnie warunkowo umorzył postępowanie na okres jednego roku próby, uznając jednocześnie, że pierwotnie orzeczona przez sąd w Hrubieszowie nawiązka w wysokości 300 złotych była kwotą czysto symboliczną i drastycznie podnosząc ją aż do 3000 złotych na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym, obciążając burmistrz dodatkowo kosztami sądowymi.
Oznacza to, że do stycznia 2027 roku wiceprezes „Nowej Polski” musi wyjątkowo ostrożnie ważyć słowa, ponieważ w przypadku kolejnego zniesławienia kogoś w przestrzeni publicznej, sąd w razie spełnienia ustawowych przesłanek może to warunkowo umorzone postępowanie podjąć na nowo. Nasuwa się więc absolutnie fundamentalne pytanie. Jakie standardy moralne i nową jakość chce wprowadzać na krajowej scenie formacja, której twarzą jest osoba, wobec której sąd utrzymał ustalenia o sprawstwie czynu polegającego na zniesławieniu? Pouczanie innych o praworządności, domaganie się przeprosin w pozwach i strojenie się w piórka ofiary z takiej pozycji to sytuacja, w którą aż trudno uwierzyć. Nie pozostaje nam nic innego, jak trzymać kciuki, aby pani burmistrz wytrwała w nałożonej przez sąd rocznej próbie powstrzymywania się od zniesławiania innych.
Zamiast otwartej debaty zaproszenie na salę sądową
Warto przypomnieć jeszcze jedną rzecz, która układa się w niezwykle wymowną chronologię. Zanim na biurko redakcji trafił pozew, 14 maja 2026 roku burmistrz skorzystała z instytucji sprostowania prasowego. Problem polegał na tym, że znaczna część przesłanego tekstu nie prostowała faktów opisanych w artykule, lecz zawierała polemikę, ocenę oraz własną interpretację wydarzeń. Z tego powodu 21 maja redakcja odmówiła publikacji tego tekstu, szczegółowo uzasadniając swoją decyzję w oparciu o prawo prasowe.
Jednocześnie wraz z odmową złożyliśmy otwartą, oficjalną propozycję. Zaprosiliśmy władze miasta do merytorycznej rozmowy przed kamerami. Bez montażu, bez ograniczeń czasowych, całkowicie na żywo i na nasz koszt. Chcieliśmy dać włodarzowi miasta uczciwą szansę na obronę swoich racji przed mieszkańcami w warunkach wykluczających jakąkolwiek manipulację.
Zaproszenie to pozostało bez odpowiedzi. Dopiero 22 lipca do redakcji wpłynął oficjalny pozew z sądu. Dlaczego wybrano prawników opłacanych z kasy miasta i salę sądową zamiast otwartej, merytorycznej rozmowy z mieszkańcami Hrubieszowa? To pytanie pozostawiamy do samodzielnej oceny czytelnikom. My w każdym razie nie zmieniamy zdania i nasze zaproszenie wciąż pozostaje aktualne. Jeżeli pani burmistrz obawia się takiego medialnego starcia w pojedynkę, może zabrać ze sobą dowolne wsparcie – prawników, doradców czy urzędników. Redaktor naczelny stawi się sam i z pewnością sobie poradzi.
Sądowy kaganiec nie zadziała
Lokalnym władzom znacznie łatwiej jest walczyć z niezależnymi mediami na salach sądowych, niż stanąć przed mieszkańcami i wziąć na siebie odpowiedzialność za wielomilionowe niedobory budżetowe.
Mamy jednak dla pani burmistrz jedną, bardzo klarowną wiadomość. Redakcja portalu „Konkretnie” nie ulegnie żadnej presji. Będziemy z jeszcze większą determinacją patrzeć władzy na ręce, analizować każdy protokół pokontrolny i śledztwa prokuratorskie. Publiczne pieniądze wymagają publicznej kontroli. To powinno być oczywiste. Próba nałożenia na nas sądowego kagańca odniesie skutek całkowicie odwrotny do zamierzonego. Do zobaczenia na sali rozpraw – po ostatnim takim spotkaniu to pani burmistrz skończyła na tarczy, a historia, jak powszechnie wiadomo, lubi się powtarzać.

